*

Śnił mi się kosmonauta, który dotarł na księżyc, ale zepsuła mu się rakieta i nie mógł wrócić. Zrezygnowany położył się w kraterze i zamierzał umrzeć, ale dostrzegł, że w kraterach dookoła mieszkają wielkie czerwie. Okazały się przyjazne i nauczyły go jak upleść kokon, w którym spędził następne 50 lat. Kiedy się obudził, był mądrzejszy i umiał naprawić swój statek i polecieć na Ziemię. Niestety, nie była taka, jak pamiętał, wszędzie widział przeludnione slumsy i migające neony z reklamami. Po chuj tu wracałem, pomyślał.

*

Śniło mi się plemię dowodzone przez intruza – burmistrza, który przybył z zewnątrz i nie obchodziły go lokalne zwyczaje. Wredny burmistrz zaczął wycinać drzewa ze świętego lasu, bo potrzebował drewna na swoją wyprawę. Plemię bardzo się zirytowało, podeszło pod jego wielką posiadłość by zaprotestować. Małe dziecko zaczęło pieśń, coś a’la haka, pełną złorzeczeń i gróźb, szybko całe plemię się dołączyło, czas przyspieszył, burmistrz zaczął się starzeć i słabnąc a jego posiadłość ekspresowo popadła w ruinę.

*

Śniło mi się, że weszłam do zagrody pełnej rozmaitych dziwnych zwierząt. Węże, długie koty, puchate kurki… Z dziupli wyszła wielka sowa, podeszła do mnie i objęła mnie skrzydłem.

*

Śniło mi sie nowe miasto, coś między realnym Wilanowem a wakacyjnym kurortem nad morzem. Szłam ulicą, nonszalancko lepiąc czaszkę z kolorowej modeliny (zielona trzewioczaszka, różowa żuchwa) i ciesząc się spokojem i odkrywaniem nowego miejsca, kiedy poczułam nadciągające zagrożenie. Ludzie pierzchali do domów, a z oddali zaczął dobiegać niski, wibrujący dźwięk. Zobaczyłam na horyzoncie odwróconą piramidę wypełnioną burzą, która wirowała i przemieszczała się w losowych kierunkach. Niebo dookoła było niebieskie i spokojne, tylko środek piramidy pulsował od kłębiących się chmur i błyskawic. Wiedziałam, że trzeba się ukryć, żeby nie znaleźć sie pod dolnym wierzchołkiem i nie oberwać skondensowanym piorunem, więc weszłam do pierwszego sklepu. Teraz mi szkoda, jeśli jeszcze raz ją spotkam, to zaczekam na zewnątrz.

*

Kolejny genialny pomysł, co przy zetknięciu z rzeczywistością nagle traci kolory i zmienia się z misji którą

powinna podążać moja dusza w serię upierdliwych czynności zwieńczona porażką. Nie wiem czy jest sens cokolwiek

zaczynać. Raczej się po prostu poddam.

*

Gdy śni się tsunami, wiedz, że coś się dzieje.

Śniło się dość standardowo – panika, ucieczka, szukanie dzieci, wbieganie na wysokie piętra jakiegoś bajkowego hotelu i zaduma, co będzie jeśli budynek się przewróci. W snach nie boję się zombie ni wampirów, ale wielkie fale od zawsze sprawiają, że się budzę z hertzklekotem.

A dnia następnego, jechaliśmy Scoobie vanem z jakimiś śpiącymi ludźmi w stronę lasu. Zatrzymał nas autostopowicz z instrumentem, we śnie pomyślałam że to harfa, ale teraz myślę, że raczej elektryczny kontrabas. Nie było dla niego miejsca w samochodzie i zapadła konsternacja, a kiedy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, że nad lasem szaleje burza z piorunami. Pewnie właśnie w tym miejscu do którego zmierzaliśmy.

*

Mózg z ADHD jest jak ośmiornica. Śliczny, mieni się kolorami, pływa sobie z gracją, ale tylko spróbuj go okiełznać… To jak zagarnianie rozjuszonej ośmiornicy do wiadra miotłą o rzadkim włosiu. Można szurać godzinami, ale zawsze jakaś macka się wymsknie i pociągnie całą resztę za sobą prosto w mokre zarośla. A jeśli zamkniesz bestie w słoju, to odkręci i jeszcze doń nasra.

Próbuję się właśnie przedrzeć przez pracowe papierzyska. Od grudnia. Lekcje prowadzi mi się miło, ale żeby dostać za nie pieniądze to muszę wysłać do szkoły szczegółowy konspekt każdej lekcji wraz z odpowiednia datą, numerkiem i nazwą, napisać po teście dla każdej osoby uwzględniając to co faktycznie na lekcjach było, uzupełnić listę obecności i jeszcze stworzyć opinię o postępach każdego z kursantów. Ośmiornica wypuszcza tysiące macek, a ja nadal nie mam pieniędzy za grudzień.

 

*

Tak sobie myślę, że mój nieustający onegdaj optymizm był spowodowany przez problemy z pamięcią. Jeśli na przykład miałam dziesięć rzeczy do zrobienia i zapominałam o 7 nie czułam dyskomfortu nie zrobiwszy ich, bo nie pamiętałam o tym, że zapomniałam. Po jakimś czasie następowała kumulacją zawalonych rzeczy, rozpacz i zgrzytanie zębów i mocne postanowienie poprawy, ale i ten stan łatwo się rozpływał, ustępując miejsca wizjom tęczowych syrenek. Odkąd wszystkie rzeczy ‚do zrobienia’ zapisuję i skreślam, dopiero widzę ile ich jest, że wszystkie wymagają czasu a niekiedy nawet trzeba uwzględnić czas potrzebny, żeby się przemieścić z miejsca na miejsce.

*

Rozmawiałam ostatnio o raju z dwoma muzułmanami. Jeden, umiarkowanie postępowy Turek, rzekł że te wszystkie historie o hurysach i ucztach to tylko taki bonus, który nic nie znaczy w porównaniu z wielką rozkoszą przebywania w towarzystwie Allaha. Drugi, tradycyjny Pakistańczyk opisał mi pałace, harem hurys płci obojga, niebiański alkohol i wszelkie luksusy. Wspomniał też, że damskie hurysy służyć będą do erotycznych igraszek dla mężczyzn, a ładni chłopcy będą usługiwać, ale przyzwoicie. Spytałam więc co kobiety miałyby robić w takim raju i otrzymałam odpowiedź. ‚Kobiety lubią rządzić, więc każda miałaby pałac z 80 służącymi i mogłaby im wydawać polecenia’. No a jeśli o seks chodzi, to też może się nim radować – z mężem. O ile ten znajdzie moment między schadzkami.

O ile pierwszą wizje jakoś mogę zrozumieć, to drugiej kompletnie nie. Wieczność w pałacu, spędzona na ucztach i ploteczkach? Wydawanie poleceń niewolnikom jako szczyt szczęścia? Nie mówiąc już o pomyśle, że każdy mężczyzna miałby do dyspozycji stado pięknych i chętnych dziewcząt, ale kobieta już nie.

Zadumałam się nad tym co by mi bardziej pasowało, zakładając, że czegoś w ogóle można się spodziewać. Myślę, że zwiedzanie najróżniejszych światów i wymiarów ucieszyłoby mnie bardziej.

*

Nowy rok zaczęłam od marazmu i pokasływania, ale jeśliby wierzyć przesądowi ze jaki pierwszy dzień, taki cały rok, to było całkiem udanie. Uczta i maraton głupich filmów z miłymi znajomymi. Jeszcze trochę tli mi się wiara w to że wszystko jest nowe i świeże, a błędy i wypaczenia z ubiegłego roku już się za mną nie wloką.